niedziela, 31 lipca 2016

26. Nareszcie w domu

Dojście do końca gór i przekonanie Orwara by wrócił z nimi na Lwią Ziemię zajęło przyjaciołom kilka dni. Pewnego wieczoru stanęli u stóp lasu pokrytego śniegiem, który, jak powiedział Orwar, nigdy nie topnieje. Podczas postoju ujrzeli ducha Soraji. Stała cicho na uboczu i cierpliwie czekała aż ją zauważą.
-Teraz musicie iść przez ten las. - zwróciła się do córki, ale słyszeli i widzieli ją także pozostali. Łącznie z Orwarem. - Mój brat pomoże wam. I teraz, w powrocie i później na Lwiej Ziemi.
Duch lwicy zniknął.
-W tym lesie mieszkają ludzie. - powiedział po chwili Orwar.
-Kto? - spytała jednocześnie cała ósemka.
-Ludzie. - powtórzył lew. - Poznacie ich po tym że poruszają się na dwóch kończynach i maja mniej sierści niż my.
-Już ich spotkaliśmy. Tylko nie wiedzieliśmy co to za istoty. - przypomniała sobie Lyre.
***
Następnego ranka wyruszyli w dalszą drogę. Szli w milczeniu przez las. Nic specjalnego się nie działo. W okół panowała niczym niezmącona cisza.
Nagle Dalila krzyknęła, zatrzymując się w pół kroku. Pozostali natychmiast do niej podeszli.
-Co się stało? - spytała Elleine.
-Nie wiem. - odparła księżniczka, zaciskając z bólu zęby. - Po prostu szłam i nagle coś złapało mnie za łapę.
Dopiero teraz dostrzegli solidnie wyglądające szczypce, zaciśnięte na prawej tylnej łapie ich przyjaciółki. Z rany sączyła się krew.
-Sidła. - stwierdził Orwar.
-Co?
-Niektórzy ludzie zastawiają podobne pułapki. Tych lepiej unikać.
-Jak to otworzyć? - spytała Jija.
Orwar spojrzał na nią smutno.
-Nie wiem. Tylko ludzie to potrafią.
-Ktoś tu idzie. - syknął Tau do towarzyszy.
Miał rację. Kilkanaście metrów od nich stała istota. Wyglądała tak jak opisany przez Orwara człowiek.
-Odsuńcie się. - szepnął biały lew. - On jej może pomóc.
-Skąd wiesz?
-Znam ludzi. Po prostu wiem że ten chłopak nie zrobi Dalili nic złego. Odsuńcie się.
Lwy odeszły na sporą odległość i obserwowały poczynania chłopaka. Ten z początku chciał się wycofać ale dostrzegł łapę lwicy w metalowych sidłach. Zrobił kilka kroków w jej stronę.
Dalila patrzyła na niego uważnie, obserwując każdy ruch. Bała się tego człowieka ale wyczuła że on też się jej boi i to dodało jej odwagi. By go ośmielić oparła głowę na przednich łapach i odwróciła w bok. Chłopak podszedł, pomajstrował przy pułapce i po chwili uwolnił lwicę. Posmarował czymś ranę a potem poszedł w swoją stronę.
Grupa wędrowców także ruszyła w swoją stronę. Rana na łapie księżniczki szybko się zagoiła ale lwica nie pytała Orwara czy wie co to za mazidło.
***
Gdy wyszli z lasu miny im zrzedły.
-Znowu pustynia? - jęknął Rune.
Przed nimi rozciągała się wielka piaszczysta równina.
-Tak. Znowu pustynia, piach, upał i słuchanie twojego narzekania. - odparł Nuru.
Brat go zignorował, powstrzymując się by odciąć się Nuru.
Wszyscy weszli w głąb pustyni. Duchy Sharona i Soraji znowu im się ukazały i poprowadziły od oazy do oazy. Ale i tak minęło sporo czasu zanim ujrzeli na horyzoncie  blade jeszcze pasmo zieleni. A zanim do niego doszli minęło drugie tyle czasu. Z początku nie rozpoznawali krajobrazu, ale wreszcie do nich dotarło. Byli w domu. W oddali widniał zarys Lwiej Skały.
Zapadał wieczór gdy dziewięcioro przyjaciół wkroczyło na tereny królestwa Lwiej Ziemi. Po drodze na Lwią Skałę nie spotkali nikogo ze stada, co trochę zaniepokoiło Dalilę. Dlatego trochę się wystraszyła, w połowie drogi zauważając idącego w ich stronę króla.
-Tata chyba nie jest zadowolony z naszej wyprawy. - Dalila powiedziała na głos to co każdy mógł wyczytać z miny Kovu.
Gdy byli już na tyle blisko, że nie musieli krzyczeć by się usłyszeć, Tau, chcąc zapobiec następnym wydarzeniom, powiedział:
-Wasza Wysokość, to jest Orwar. Brat naszej matki i przyjaciel ojca. - wskazał na białego lwa.
Kovu patrzył na nich przez chwilę.
-Chodźcie do domu. Wszyscy czekają na wyjaśnienia.
Król poprowadził młode lwy na Lwią Skałę, po drodze rozmawiając z Orwarem. Oboje szli przodem i cała reszta nie usłyszała ani słowa.
***
Gdy weszli na Skałę, zebrało się tam całe stado. Na widok swoich dzieci, Kami, Vivien i Kiara chcieli podejść i się przywitać ale zatrzymali się w pół kroku zauważając obcego lwa i poważną minę króla.
-Możecie łaskawie wyjaśnić gdzie byliście tak długo? - spytał król, z trudem opanowując gniew. - Zdajecie sobie sprawę co my tu przeżywaliśmy?
-Nie było nas tylko kilka...naście tygodni. - powiedziała cicho Dalila.
-Nie było was parę miesięcy. - poprawił ją ojciec. Popatrzył na córkę. Potem przeniósł wzrok na Tau. - Przyszli władcy nie powinni zachowywać się tak nieodpowiedzialnie. Czyim pomysłem była ta wyprawa?
-Naszym wspólnym. - odparła Dalila.
Elleine postanowiła wesprzeć siostrę.
-Chcieliśmy tylko zobaczyć co jest poza Lwią Ziemią. - zaczęła.
Potem opowiedzieli co ich spotkało. Od wyprawy na Złą Ziemię i Cmentarzysko, przez bagna i ludzi, aż po pomoc duchów Sharona i Soraji.
Wszyscy słuchali w milczeniu, ani razu nie przerywając.
-Orwara przyjmiemy do stada...oczywiście o ile będzie chciał. - powiedział Kovu gdy lwiątka skończyły swoją opowieść. - Ale nie wiem co myśleć o tym wszystkim. Jeszcze żadem lew, żaden przyszły król nie opuścił Lwiej Ziemi na tak długo z własnej woli.
-To było konieczne. - usłyszeli nagle. Obok nich stał Rafiki.
-Co było konieczne? - spytała królowa.
-Ta wyprawa. - wyjaśnił mandryl. - Rozmawiałem z Duchami Przodków. Tau musiał przejść swego rodzaju sprawdzian. To wola Wielkich Królów. Posyłając młode lwy w tak daleką podróż, chcieli wypróbować siły przyszłych władców.
-A przeszli chociaż tą próbę?
-Jak najbardziej.
-No dobrze. - poddał się Kovu. - Nie będę się kłócił z Duchami Przodków.

sobota, 30 lipca 2016

25. Wilki

Minęło trochę czasu i Tau po kilkudniowym odpoczynku czuł się o wiele lepiej. W sumie można już było ruszać dalej, ale nikt nie wiedzieli w którą stronę.
I nagle, w chwili gdy nikt się tego nie spodziewał, pojawiły się przed nimi dwa znajome już duchy.
-Dzieci... - odezwała się Soraja.
Wszyscy spojrzeli w jej kierunku.
-Czas już na was. Musicie ruszać dalej. Tau przeszedł próbę ale do domu jeszcze daleko...
-Jaką próbę? - Tau przerwał ojcu.
-Próbę, która sprawdzi jakim będziesz królem.
-To to przejście przez równinę umarłych. - wyjaśniła Soraja. - Zaprowadzimy was teraz w stronę gór. Musicie tam znaleźć przełęcz i przez nią przejść. Ale górą, nie dołem.
Ruszyli za duchami.
Jakiś czas później ujrzeli olbrzymie, niedostępne i pokryte śniegiem, strome zbocza gór.
W tym momencie duchy zniknęły.
-No i gdzie ta przełęcz? - zastanawiała się Dalila.
-A czy to przypadkiem nie to? - Nuru wskazał rozciągający się pod nimi dość szeroki wąwóz.
-Tak to musi być ta przełęcz. - zgodził się Tau.
-Hej, a ty dokąd? - Colie złapała za ogon Rune, który zaczął schodzić na dół.
-No co?
-Mieliśmy iść górą, nie pamiętasz?
-Dół wydaje mi się bezpieczniejszy. - wtrąciła się Jija. - Spójrzcie na te skalne półki. Jeśli z nich spadniemy, zginiemy na miejscu.
-Rodzice musieli mieć ważny powód, zabraniając nam iść dołem. - powiedział Tau.
-Też bym wolała przejść dołem. - wtrąciła Lyre.
-Nikt nie schodzi na dół, jasne?! - rozkazała Dalila.
Grupa weszła na skalne półki nad przełęczą.
-Naprawdę nie wiem po co mamy iść po tych niebezpiecznych, ruszających się skalnych płytach, kiedy tam na dole jest równa skała. - narzekał po drodze Rune.
-Zamknij się wreszcie! - warknęła na niego siostra. - Odkąd weszliśmy w przełęcz, bez przerwy o tym gadasz i tylko narzekasz. Bądź wreszcie cicho.
-Naprawdę dołem byłoby lepiej.
-Nie chce ci się iść po krawędzi i tyle. - prychnęła Colie.
-Co? Wcale nie! To tobie przeszkadza jak mówię.
-Możecie oboje natychmiast przestać?! - Dalila weszła między rodzeństwo.
-To powiedz mu żeby przestał. - fuknęła Colie.
-Ja nic nie robię. To tobie nic nie pasuje. - odciął się Rune.
-Przestańcie! Natychmiast!
Ale przyjaciele już jej nie słuchali. Znowu rozpoczęli sprzeczkę. Dalila bezskutecznie próbowała ich uciszyć a reszta, chcąc pomóc księżniczce włączyła się do kłótni.
Nagle wszyscy zamilkli w pół słowa. Z dołu wąwozu zaczęły ku nim wychodzić wilki. Było ich ze cztery razy więcej niż lwów.
-To już wiecie czemu mieliśmy iść górą. - powiedział Nuru. - Na dole mieszkają wilki.
-Raczej nie przyjmą nas miło. - stwierdziła Elleine wpatrując się w wyszczerzone kły najbliższego z drapieżników.
-Otaczają nas. Wynośmy się puki mamy gdzie. - zaproponowała Lyre.
Ale już było za późno. Wilki zbliżały się, coraz bardziej zacieśniając krąg. Już nie było dokąd uciec. A wilki nie miały dobrych zamiarów. Największy z nich już szykował się do ataku, szczerząc zęby i warcząc. W ogóle nie bały się lwów. Nic dziwnego skoro miały ogromną przewagę liczebną. W dodatku lwy nie były jeszcze dorosłe.
Co teraz?
Chwilową cisze rozdarł potężny ryk spotęgowany echem. Większość bestii uciekła w jednej sekundzie. Zostało tylko kilka najodważniejszych, które nadal szczerzyły kły. Ale i one w końcu uciekły.
Lwy obejrzały się za siebie. Przed nimi stał ogromny biały lew. Był stary ale nadal zdawał się być tak sprawny jak za młodu. Wzbudzał respekt.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
-Co tu robicie? - spytał wreszcie nieznajomy.
-Eeee...wracamy do domu. - powiedział Tau, nie patrząc w stronę białego lwa. Żadne z nastolatków nie miało pojęcia jak mają się zachować. Czy mogą mu ufać?
-Pomogę wam przejść przez góry. Mieszam tu i znam je.
-Ale... - zaczęła Dalila.
-Sami widzieliście ile tu wilków.
Nie było dyskusji. Grupa ruszyła za białym lwem.
-Kim właściwie jesteś? - spytał po drodze Rune.
-Lwem, nie widać?
-Nie o to mi chodziło. - mruknął Rune pod nosem.
-Nazywam się Orwar. Mieszkam w tych górach od dawna. Moja siostra, Soraja odeszła stąd w poszukiwaniu przygód. Potem poznała takiego jednego; przychodzili tu często. Zaprzyjaźniliśmy się. A potem Sharon i Soraja zniknęli bez śladu. Słuch o nich zaginął. Dawno ich nie widziałem. A wy? Teraz wasza kolej.
Orwar obejrzał się na idących z tyłu.
-Czemu macie takie miny? - zdziwił się na widok zszokowanych spojrzeń całej ósemki.
-Nasi rodzice nazywali się Sharon i Soraja. - wyjaśnił Tau.
-Jesteś ich synem?
-Tak.
-Mogłem się domyślić. Jesteś bardzo podobna do matki. - zwrócił się do Jiji.
Nikt nie odpowiedział.
-Co z nimi? - spytał Orwar po chwili.
-Nie żyją. Zabił ich pewien lew, gdy byliśmy mali. - odparła Jija.
-Znacie tego lwa?
-Z widzenia. Raczej nic o nim nie wiemy.
-A może pójdziesz z nami na Lwią Ziemię? - zaproponowała Elleine.
-Tam mieszkacie?
-Tak.
-Mógłbym poznać wasze imiona?
Każdy po kolei się przedstawił. Przy okazji wspomnieli też o swoich zdolnościach, kim są na Lwiej Ziemi i że Tau ma zostać królem. Gdy Jija o tym wspomniała, ten posłał jej mordercze spojrzenie. Lwica udała jednak że nie dostrzegła niemej uwagi brata.

niedziela, 17 lipca 2016

24. Pustynia umarłych

Stali na urwisku, nad brzegiem wielkiego oceanu. Co mają teraz robić? Tau w myślach spytał o to rodziców. A oni nagle pojawili się przed nimi.
-Chodźcie. - powiedziała Soraja i poprowadziła grupę po stromej ścieżce w dół urwiska.
Po drodze duch lwicy mówił:
-Możemy wam pomagać tylko w trudnych sytuacjach. Ta taka nie jest. Musicie sami wrócić. Ja tylko naprowadzam was gdy nie wiecie co dalej.
Spojrzała w pewne miejsce na skale. Stali już na dole na maleńkiej wysepce. Reszta podążyła za wzrokiem ducha i dostrzegła tam drzwi.
-Są zamknięte. - powiedział Sharon. - Musicie wymyślić jak je otworzyć. - spojrzał na wystającą z wody skałkę. Była stroma i szpiczasta. Oddalona od brzegu o kilkanaście metrów.
Duchy niespodziewanie zniknęły.
-Świetnie. Ktoś ma pomysł jak otworzyć te drzwi? - spytała Elleine.
Wszyscy przecząco pokręcili głowami.
-A może dadzą się otworzyć? Tak jak w tej grocie? - spytała samą siebie Dalila. Podeszła do drzwi i spróbowała zaryczeć.
Nic się nie stało.
Obejrzała się na towarzyszy. Ich dyskusja coraz bardziej przypominała kłótnię. Próbowała ich uspokoić ale po chwili została wciągnięta w sprzeczkę. Tymczasem Tau siedział z boku i tylko on nie brał udziału w tej kłótni. Domyślał się że trzeba wykorzystać jakoś tą skałkę. Ojciec znacząco na nią spojrzał. Może dałoby się tak jak w tej podziemnej jaskini? Nagle wpadł na pomysł. nie sądził że się uda ale warto spróbować. Bez słowa wskoczył do wody i wszedł na skałkę.
-Patrzcie czy coś się dzieje z drzwiami! - krzyknął do pozostałych ze skałki i zaryczał najlepiej jak umiał.
Przejście się otworzyło i lwy weszły w wąski korytarz Tau zeskoczył ze skałki i popłynął w stronę brzegu. Ale zanim dotarł do plaży, przejście się zamknęło. Byli rozdzieleni.
Tau spróbował otworzyć drzwi w inny sposób. Dokładnie im się przyjrzał. I wtedy zauważył że drzwi są pokryte dziwnymi symbolami. Symbole układały się w słowa. A słowa te Tau z łatwością, ku swemu zdziwieniu, mógł odczytać. Przypominało to zagadkę:
"Wejdź by ocalić;
Wejdź by odnaleźć;
Srebro ci pokaże;
Serce ci podpowie;
W które koło masz uderzyć,
Której dziurki użyć.
Lecz jeżeli w sercu mrok,
Lecz jeżeli złe intencje masz,
Uważaj śmiałku z obcych stron;
Stracisz to co masz."
Zachodziło już słońce a Tau niewiele z tego zrozumiał. Nie mógł wymyślić rozwiązania. Po kilku godzinach chmury odsłoniły księżyc będący akurat w pełni. Blask księżyca padł na jedno z czterech kół pod zagadką, wyrytych na drzwiach, których Tau wcześniej nie zauważył. Przyjrzał się bliżej oświetlonemu kołu. Były w nim cztery dziurki w kształcie prostokąta z kółkiem na górze. Nagle pojął sens jednego z przeczytanych wersów. Włożył pazur do jednej z dziurek. Po chwili drzwi się otworzyły. Lew wszedł do korytarza w który kilka godzin wcześniej weszła reszta grupy.
***
Gdy Tau wyszedł z korytarza, było już południe. Znajdował się na ogromnej równinie. Idealnie płaskiej i równej. Była tu tylko bardzo krótko i równo ścięta trawa. Lew nigdzie nie widział przyjaciół. Kilka godzin później miał już dosyć. Był głodny i zmęczony. Zaczynało mu się tu nie podobać. Robiło się coraz ciemniej. Na dodatek, w miarę jak nadchodziła noc, lew coraz częściej widział jakieś cienie przemykające raz bliżej raz dalej od niego. Zaczynał mieć złe przeczucia co do tego miejsca. Bał się.
Gdy zapadła noc starał się nie myśleć o tych zjawach, ale ze względu na ich ciągłą obecność było to stosunkowo trudne. Jednak najgorsze ze wszystkiego było to że duchy rodziców nie odpowiadały na jego wołanie. Z Rune też nie mógł się skontaktować. Szedł więc dalej, starając się nie panikować i nie oglądać za siebie. Jeszcze kilka razy próbował przywołać rodziców i skontaktować się z przyjacielem. Nadal bezskutecznie.
Cienie stawały się coraz śmielsze. Były coraz bardziej nachalne.
Ciągnęło się to przez całą noc. Cienie znikły o wschodzie słońca. Mimo zmęczenia, Tau chciał jak najszybciej wydostać się z tej równiny. Zanim nastanie kolejna noc. Ale się przeliczył a kolejna noc była o wiele gorsza. Było tak samo i jednocześnie o wiele gorzej.
Nagle, w kilku cieniach, które zbliżyły się do niego, rozpoznał przyjaciół. Tego już za wiele. To złudzenie czy prawda? Był przerażony.
Rano Tau się poddał. Był zbyt zmęczony żeby iść dalej. Nawet za cenę spędzenia tu trzeciej nocy. W pewnej chwili łapy same się pod nim ugięły. Nie wiedział czy zasnął czy stracił przytomność.
***
Gdy otworzył oczy, był ranek. Czyli spał dobę? Udało mu się wstać mimo silnego bólu łap. Zrobił kilka kroków, ale zaraz potem znowu upadł. Tym razem już nie wstał. Zdawał sobie sprawę, że musi dłużej odpocząć. Bał się jednak nocy na tym terenie. Nie wiedział na co się zdecydować, więc łapy same podjęły decyzję za niego i odmówiły posłuszeństwa. Tau nie miał siły wstać. Próbował przywołać rodziców i porozumieć się z Rune. Bez skutku.
Nie miał pojęcia gdzie są jego przyjaciele ani jak to się skończy. Nie mógł zebrać myśli, oczy coraz bardziej mu się zamykały. Zasnął głęboko.
***
Gdy się obudził słońce już zachodziło. Tau spróbował wstać. Udało mu się ale z trudem utrzymywał się na łapach. Szybko się okazało że ta noc jest najgorsza ze wszystkich. W każdym cieniu widział kogoś bliskiego i to jeszcze bardziej go przerażało. Szedł znowu całą noc. Koniec równiny ukazał mu się dopiero rano. Kilkadziesiąt metrów dalej płynął mały strumyk a w jego pobliżu odpoczywała jego siostra i przyjaciele. Prawdziwi. Nareszcie.
Chciał do nich podejść, ale gdy tylko zrobił krok w ich stronę, pociemniało mu w oczach.
***
Gdy się obudził, od razu wiedział że nie będzie miał siły wstać, więc nawet nie próbował. Opowiedział pozostałym swoje "przygody" po rozdzieleniu się, ale ku jego zdumieniu, żadne z nich nic podobnego nie widziało.