"Znowu te dziwne dźwięki" myślała Lyre. Kilka dni temu grupa weszła na dziwną równinę. Nic tu nie rosło. Gdzieniegdzie były tylko głazy wielkości lwa, wbite w ziemię. Teren był idealnie równy. Była tu wieczna gęsta mgła. Dzień i noc prawie nie różniły się ilością światła które tu docierało. Noc była niewiele ciemniejsza niż dzień. Umówili się że za dnia będą iść a w nocy zatrzymywać się na postój. Ze względu na złą aurę tego miejsca i dziwne głosy dochodzące nie wiadomo skąd, postanowili że będą na zmianę czuwać podczas postojów. I właśnie teraz była kolej Lyre. Ona chyba najbardziej się bała tych dźwięków. Przypominało to...sama nie wiedziała co. Ale dźwięki ją przerażały. To już czwarta noc tutaj. Ile jeszcze czasu może im zająć opuszczenie tego miejsca? Gepardzica nie miała pojęcia. Liczyła jednak że szybko to nastąpi.
Lyre wreszcie doczekała się końca swojej warty. Teraz kolej na Dalilę. Obudziła przyjaciółkę i spytała:
-Jak myślisz, co to za głosy?
Lwiczka przez chwilę milczała nasłuchując.
-Nie wiem. Pierwszy raz w życiu słyszę te dźwięki. Moim zdaniem brzmi to jak zawodzenie, jęki, lamenty...coś w tym rodzaju.
-Tylko skąd one dochodzą?
-Chyba z każdej strony...i też spod ziemi...i gdzieś tam z wysoka nad nami.
-Wiesz, mam tylko jedno życzenie.
-Jakie?
-Żebyśmy jak najszybciej opuścili to miejsce. Nie podoba mi się tu. W dzień jakoś można wytrzymać, ale noc jest o wiele gorsza.
-Przynajmniej jesteśmy razem. Dobra, połóż się, za kilka godzin ruszamy dalej.
Księżniczka zmieniła przyjaciółkę. Jej też nie podobało się to miejsce. Ale nie bała się tych dziwnych dźwięków. Raczej się ich obawiała. Do kogo mogły należeć te głosy? Kto je wydawał? Czy był groźny? Dalila też miała nadzieję że w miarę szybko opuszczą to miejsce. Nie było tu chyba niebezpiecznie. Było tu nieprzyjemnie. A ona widziała strach w oczach pozostałych. Wyczuwała też że Lyre boi się najbardziej. To już czwarta noc tutaj. Kiedy dojdą do końca tego terenu? I co ich czeka dalej?
***
Po dwóch godzinach wzeszło słońce a głosy ucichły i Dalila zbudziła przyjaciół. Nie było tu nic ciekawego. Szli tak szybko jak tylko pozwalała im na to gęsta mgła. Kolejnych kilka nocy było podobnych. Nic się nie działo oprócz tych dźwięków.
Jednego dnia szli już od kilku godzin gdy nagle , Jija i Lyre, które szły akurat na przodzie grupy, zatrzymały pozostałych.
-Patrzcie. - powiedziała Jija.
Przed nimi wznosił się nad ogromną przepaścią ogromny kamienny most. Był szeroki i wyglądał na solidny. Most był wyłożony gładkimi, równo do siebie przylegającymi kamieniami o regularnych kształtach.
Lyre weszła na niego pierwsza. Za nią zaraz reszta grupy. W połowie mostu zniknęła mgła. Ujrzeli słońce już nisko nad horyzontem. Zbliżał się wieczór.
Gdy doszli do jego końca, w mroku późnego wieczoru dostrzegli las a na jego skraju teren otoczony patykami wbitymi pionowo w ziemię i ciasno ze sobą połączonymi. Stali powyżej tego wszystkiego i dostrzegli za tym płotem jakieś dziwne groty i dziwne istoty. Nie umieli nawet tego nazwać.
-Będzie co opowiadać w domu. - stwierdził Rune.
"Jeżeli uda nam się wrócić z powrotem." pomyślała Jija. Ale na głos nic nie powiedziała.
Postanowili dowiedzieć się czegoś więcej o tym czymś na skraju lasu. Ukryli się więc w lesie w pobliżu. Mieli oko na...cokolwiek to było i przy okazji zatrzymali się na dłuższy postój.
***
Jak dotąd nie mieli żadnych kłopotów. Ale pewnego dnia Jija wróciła do obozowiska przerażona.
-Widzieliście gdzieś Nuru? - spytała.
-Nie. Wyszedł rano. - odparła Lyre. - A co się stało?
-Tamte istoty przychodzą do tego lasu. Przed chwilą mało mnie nie złapali.
-Sugerujesz że mogli też złapać jego?
-Tak.
***
Nuru wyszedł rano trochę się przejść. Niektórzy już nie spali jak wychodził więc będą wiedzieć mniej więcej gdzie jest.
W pewnej chwili usłyszał za drzewami po obu stronach jakieś krzyki i wycie od których rozbolały go uszy. A potem na drogę wyskoczyły jakieś dziwne stworzenia. Nie miał czasu przyjrzeć im się bliżej bo w pewnej chwili poczuł ukłucie w tylnej łapie i pociemniało mu w oczach. Zdążył tylko zauważyć że te istoty poruszały się na tylnych łapach. Tylko na tylnych. W przednich coś trzymały.
Gdy Nuru otworzył oczy, w pierwszej chwili nie wiedział co się dzieje. Musieli go czymś zamroczyć. Po krótkiej chwili uniósł głowę i rozejrzał się w około bardziej przytomnie. Przede wszystkim zauważył że jest zamknięty w czymś dziwnym. W czym? Nie miał pojęcia. Wszędzie wokół były porozstawiane dziwnie wyglądające groty i jaskinie zrobione z drewna i słomy. Tu i tam kręciły się te dziwne istoty. Wyglądały tak samo jak te które widział wcześniej w lesie i jeszcze wcześniej na bagnach. Jedne były wyższe i spokojniejsze, inne niższe i bardziej hałaśliwe. Zapewne dorośli i młode. Wszyscy mieli dziwnie mało sierści. Zamiast tego mieli na sobie...właściwie co to było? Jeden z nich podszedł do niego bliżej ale Nuru nadal nie mógł wymyślić co to może być. Istota włożyła kawałek mięsa i wyciągnęła potem łapę w stronę lewka. Nuru cofnął się przestraszony. Odsłonił kły i warknął. Istota odsunęła się. Wszyscy mówili w nieznanym mu języku. Lewek bał się ich ale wyczuwał że oni też się go boją. Nuru nie miał pojęcia po co go złapali ani czego od niego chcą.
***
Gdy Nuru nie wrócił do rana, przyjaciele postanowili go poszukać. Oczywiście pierwszym ich celem było to dziwne nienazwane miejsce. Szybko jednak okazało się że trudno będzie podejść po kryjomu. Istoty zauważyły lwy dość szybko i zaatakowały. Gdy grupa uciekła w bezpieczne miejsce, okazało się że Colie jest ranna. W tylnej łapie tkwiła jej broń tych istot. Ale to niebyła zwykła rana. Łapa bolała lwiczkę o wiele bardziej niż normalnie powinna. Po kilku dniach okazało się że rana się nie goi. Krew leciała tak samo mocno jak zaraz po zranieniu. Do tego Colie nie miała siły wstać. Nikt nie wiedział co jej jest.
***
Lyre siedziała u wejścia do ich kryjówki i oglądała przedmiot którym zraniono Colie. Był to patyk z ostrym kamieniem na jednym końcu i piórami na drugim. Ale na tym kamieniu było coś dziwnego. Jakaś substancja. Na pewno nie krew. Lyre powąchała ją. Pachniała jakoś tak znajomo. Jakby...tak! Gepardzica przypomniała sobie jak kiedyś jej przybrana matka uczyła ją o truciznach i antybiotykach na nie. Znała substancję z tego kamienia. To jad Czarnej Mamby. Jednego z najniebezpieczniejszych węży. Lyre trochę się wystraszyła. Lwiczce nie zostało wiele czasu zanim jad ją zabije. Wiedziała jednak że może znaleźć w tym lesie coś co mogłoby zniwelować działanie trucizny. Trzeba tylko poszukać. Rozejrzała się wokół. O, jest! Mniszek lekarski. Tak to nazwała jej matka. Lyre zerwała szybko kwiat i wycisnęła jego sok na ranę przyjaciółki. "Mam nadzieję że to zadziała." pomyślała.
Miała rację: dwa dni później stan Colie wyraźnie się poprawił.
Ale nie był to jeszcze koniec. Ledwo Colie wyzdrowiała, okazało się że muszą stąd odejść. Bez Nuru. Dwunogie istoty znalazły ich kryjówkę. Na domiar złego pewnego ranka przyszły i wygoniły lwy. Długo byli ścigani przez las, coraz dalej od dziwnego obiektu i przyjaciela. Nie wiedzieli dokładnie o co im chodzi, ale istoty nie wyglądały na łagodne. Uciekli więc.
Mimo wszystkiego nie chcieli się poddać. Postanowili że wrócą później po Nuru.
***
-Jak dostaniemy się do środka? - spytał Rune. Gdy pościg zgubił ich trop, oni podeszli od innej strony. Siedzieli teraz przyczajeni w cieniu drzew obok wbitych pionowo pali.
-Może wejdźmy na drzewo. Potem zeskoczymy do środka.
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, Elleine wdrapała się na drzewo.
-I co? - spytała z dołu Colie.
-Pusto. Nikogo tu nie widzę. Nuru też.
-Może gdzieś poszli? - zastanawiał się Tau.
-Co teraz? - Elleine zeskoczyła z drzewa obok przyjaciół.
-Hej, a co to? - spytała nagle Jija. Stała parę kroków dalej i oglądała ziemię w tym miejscu.
Tau podszedł do siostry.
-To chyba trop tych istot. - powiedział. - Może jeśli pójdziemy po tych śladach, znajdziemy Nuru.
-Nie zaszkodzi spróbować. - poparła go Lyre.
-Mam nadzieję że nie popełnimy błędu. - mruknęła pod nosem Dalila i wszyscy ruszyli odkrytymi przed chwilą śladami.
Po jakimś czasie dogonili istoty i zaczęli ich śledzić. Szli parę metrów z tyłu, stawiając łapy najciszej jak tylko potrafili. Ale Nuru z tymi istotami nie było.
Nagle wszyscy usłyszeli cichy trzask łamanej gałęzi. Na tyle jednak głośmy, by zwrócić uwagę tych istot. Wszyscy spojrzeli karcąco na Lyre. Ta tylko spuściła głowę i mruknęła:
-Przepraszam.
-Uważaj. - upomniała ją szeptem Dalila.
Ale istoty już ich zauważyły i otoczyły kręgiem. W przednich łapach coś trzymały i celowały tym w lwy.
-Dziwni są. Inni niż reszta zwierząt jakie znam. - powiedział do siebie Tau. - Jak myślicie, zaatakują? - spytał głośniej.
-Jeśli tak, to nie mamy gdzie uciec. - odparła Elleine.
Istoty zacieśniały krąg coraz bardziej. Nie odstraszało ich warczenie ani inne ostrzeżenia. Sprawiali wrażenie groźnych a Dalila w żaden sposób nie mogła odczytać ich myśli.
-Hej, patrzcie tam. Nuru. - szepnęła w pewnej chwili Colie. Nie było pewności czy te dziwne stworzenia rozumiały ich mowę.
Wszyscy spojrzeli we wskazanym kierunku. Ale nikogo tam nie zobaczyli. Za to, z przeciwnej strony rozległ się nagle wrzask przerażenia. Istoty najpierw się cofnęły a potem uciekły.
Nuru puścił stworzenie na które chwilę wcześniej skoczył. Nawet się nie spodziewał że pójdzie tak łatwo. Stworzenie także uciekło w ślad za towarzyszami.
Jija skoczyła na przyjaciela, przytrzymała go przy ziemi i powiedziała:
-Dobra, tłumacz się. Wiesz jak się o ciebie martwiłam? Co ci przyszło do głowy że dałeś im się złapać!
-Jija, spokojnie, zejdź ze mnie.
-Najpierw się wytłumacz!
-Zaskoczyli mnie i tyle. Wcale nie miałem zamiaru podchodzić do nich. Puść mnie.
Jija puściła go.
-My tu przechodzimy piekło... - mówiła dalej lwiczka.
-Nie przesadzaj, nie przechodzimy piekła. - wtrącił się Rune.
Jija go zignorowała.
-...Ty znikasz nie wiadomo gdzie, mnie te istoty mało nie złapały, twoja siostra została zraniona zatrutym patykiem z piórami...
-Nic mi już nie jest. - wtrąciła Colie.
-...a te dziwne istoty ścigały nas i nawet nie wiemy jakie mają zamiary...
-Skończyłaś? - przerwał jej Tau.
-Tak.
-Czyli możemy ruszać dalej? - spytała Dalila.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz